Breath of the Wild – moje własne spojrzenie

23.01.2026.


Kilka lat temu grałem na premierę Breath of the Wild. Spędziłem w tym świecie ponad 125 godzin. To była wspaniała przygoda. Z żadną grą wcześniej ani później nie spędziłem tyle czasu za jednym razem. Po kilku latach ukazała się kontynuacja do której jeszcze nie zajrzałem. Naszła mnie jednak ogromna ochota na powrót do Breath of the Wild. I to w najlepszym stylu. W rym celu nabyłem wersje na Switch w wydaniu japońskim zawierającym wszystkie DLC.

Nie będę sili się na recenzje. To nie jest recenzja. Nie porównam tej gry do innych open worldów. Mało tego, to jedyny open world czy jak to nazywają sandbox w który grałem. Nie mam nawet szans porównać go do czego innego. The Legend of Zelda to także moja najukochańsza seria, którą stawiam nawet nad Super Mario. Jak wiec widać to nie będzie recenzja, ale zdecydowanie opis moich bardzo subiektywnych odczuć.


Oddech dziczy – pierwsze wrażenie


Jakby nie było, wiem, że gry z pełnym otwartym światem potrafią zasypać mnogością opcji, ustawień itp. A zwłaszcza kreatory postaci przy których niektórzy potrafią spędzić ładne godziny. W Breath of the Wild zastosowano inne rozwiązanie. Jesteśmy rzucani od razu do gry. Otwieramy oczy, widzimy światło, postać budzi się i …. już przejmujemy nad Linkiem kontrole. Jest to rozwiązanie, które bardzo sobie cenie. Od uruchomienia gry przechodzimy prosto do jej meritum czyli … samej gry. Stopniowo oswajamy się z poruszaniem, które jest intuicyjne i łatwo się z nim idzie zaznajomić.

Jak już wspomniałem Link budzi się ze snu. Ze snu trwającego 100 lat. Wychodzi z ciemnej i mikrej jaskini, a raczej jakiejś futurystycznej kapsuły czasu. Z ciemności i mroku wychodzimy wprost na piękne falujące zielona trawa i wzgórza i doliny, a twarz smaga rześki wiatr.

Autorzy nie przytłaczają nas wszystkim naraz. Kolejne stopnie rozwoju i wtajemniczenia wprowadzane są stopniowo. Świat jest pusty. Na początku poza przewodnikiem starcem nie spotykamy nikogo. Błąkamy się po szumiących trawach, ptaki świergoczą w gałęziach drzew, a dziwnie niepokojący wiatr wdziera nam się w nozdrza. Nawet nie doświadczymy muzyki. Słychać odgłosy świata, łamane pod butami suche gałązki i pluskot wody w kałuży. Świat jest martwy. Przekonujemy się o tym zwiedzając pierwszy dostępny dla nas obszar, czyli Great Plateau. Zwiedzimy ruiny dobrze znanych miejsc. Dla osoby, która niedawno skończyła Ocarina of Time, aż za dobrze znanych miejsc. Łezka w oku aż się kreci, a po plecach ciarki przechodzą, gdy wchodzimy do ruin a na ekranie wyświetla się „Temple of Time”. Co się stali, co się zadziało gdy Link spał przez 100 lat. Czy poza zgliszczami ktoś ocalał? To stopniowo będziemy odkrywać w trakcie poznawania skrawków fabuły. Skrawków to dobre słowo, bowiem autorzy niechętnie zdradzają nam, a tylko co bardziej dociekliwi poznają całą historię.

Świat jest pochłaniający. Przez półtorej godziny chodziłem i zaglądałem w każdy zakamarek. Cieszyłem oczy zagajnikami, opuszczoną chatą, ruinami dawnego świata i staczałem pojedynki z goblinami. Jedynie tutaj chciałoby się żeby ci przeciwnicy byli bardziej urozmaiceni. Po drodze zbieramy mnóstwo różności. Szybko znajdziemy rondel nad ogniskiem i z jajek zrobimy omlet. A z jabłek pieczone owoce. Także od razu oswajamy się z wymienną bronią, maczugami, siekierami, lukiem itp.

Snując się pośród kamieni i zgliszczy, poza śladami totalnej zagłady, wielkiej przegranej bitwy, znajdujemy zniszczone dziwne maszyny przypominające ośmiornice. Az jedna z nich ożywa i strzela do nas laserem niczym wielki big boss, monument nie do ruszenia. Te tajemnicze maszyny początkowo stacjonarne, później już mobilne, przez długi czas rozgrywki będą stanowiły przeciwników nie do pokonania.

 


Breath of the Wild…2…?


Mimo moich zachwytów nad tym tytułem, nie mogę nie wspomnieć o kilku mankamentach, które mnie nie przypadły do gustu. Rozwiązania te są zrealizowane idealnie i z punktu technicznego. Jednak jako osoba grająca na premierę w Ocarina of Time, rozpływając się nad fantastycznym The Wind Waker i będąc wielkim fanem Majora’s Mask, zabrakło mi kilku klasycznych elementów serii. To chyba największa wada i zaleta nowej odsłony serii. Przełamuje ona typowy schemat co może nie spodobać się długoletnim fanom serii ale wprowadza realnie powiew świeżości, co ja pisze, odświeża w całości serie, przyciągając do siebie cale rzesze nowych graczy. Staje się Zelda i tytułem startowym na miarę nowej konsoli jaka w 2017 roku był Switch.

A czego mi brakuje? I nie jest to broń która ulega zniszczeniu. Tutaj akurat nie przeszkadza mi ten element. Najbardziej brakuje mi typowych dungeonów. Takich jak w Ocarina of Time czy Majora’s Mask oraz The Wind Waker. Tych logicznych majstersztyków, które są jedną wielką zagadką. Zapadni, ukrytych przejść, lochów, kolców, ognia i zatrutych strzał. Tej esencji każdej odsłony serii The Legend of Zelda, czyli dungeonów. To w nich zanurzaliśmy się poprzednio przez większą cześć gry.


W strugach deszczu


Słońce wschodzi nad rozległymi równinami, rozlewając ciepłe światło, trawy falują, a ptaki szeleszczą w konarach drzew. Niebo bywa czyste i błękitne, czasem przetykane leniwymi chmurami, które płyną jakby bez pośpiechu. Ale pogoda w Hyrule nie zna stagnacji. Deszcz przychodzi niespodziewanie, zamieniając ścieżki w błotniste szlaki. Woda spływa po skałach, a rzeki szumiąc, nabierają werwy. Czasem wraz z deszczem dołącz burza, a wtedy błyskawice przecinają niebo, grzmoty dudnią w oddali, a wiatr niesie ze sobą zapach mokrej ziemi. To momenty, które przypominają, że natura ma tu swoje własne zasady. Kiedy zaś świat się wycisza, mgła osiada w dolinach, otulając wszystko delikatną szarością, jakby świat na chwilę wstrzymał oddech. W górach śnieg pada cicho, pokrywając szczyty białym puchem,

Pogoda w grze wpływa na wszystko, na to jak Link się porusza, gdzie może wejść, a także na to jak zachowują się przeciwnicy. To nie tylko tło, ale żywa część Hyrule, która sprawia, że każda podróż staje się wyzwaniem większym niż sami przeciwnicy, których spotykamy. To prawdziwy oddech dzikiej natury.


Na zakończenie trailer z zapowiedzi gry z roku 2017…


Ponownie spędziłem z tym tytułem kilkadziesiąt godzin. Ponownie mnie pochłonął bez reszty. Klimat, wykreowany pieczołowicie świat postapokaliptyczny. Przemijanie i czas ukazano tutaj subtelnie, ale mocno, tak, że boli aż do krwi…

@ Valoo

 


Data publikacji wpisu: 23.01.2026.
Obrazy i film: pochodzą z internetu, nie są mojego autorstwa.


 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *